(Więcej o prześladowaniach Torresa można przeczytać tutaj.)
Trudno w tym momencie nie zapytać, niech będzie, że populistycznie: co robi policja? Policja, oczywiście, wyjaśnia. Prawdopodobnie w przerwach między zaczajaniem się w krzakach na nietrzeźwych rowerzystów. Strach pomyśleć, co zrobi prokuratura. Znowu umorzy?
A teraz o tych rowerach. Nienowe, ale wciąż aktualne fakty, ujawnione jakiś czas temu przez media: 4,5 tysiąca fanów dwóch kółek napędzanych gazem siedzi obecnie w polskich więzieniach. Brawo! Wybitny rekord! Tyle że kiedy wracam po zmroku do domu, to nie od rowerzystów spodziewam się doznania szkody. Dresy pobłyskują w świetle latarń. Wymieniają ciekawe spostrzeżenia. Szukają u przechodniów odpowiedzi na nurtujące ich pytania. A policji wtedy jakoś nie widać.
Moja znajoma - trzeźwa - jechała ostatnio rowerem po - pustym - chodniku. Stojący pod Belwederem funkcjonariusz zatrzymał ją, kazał zejść z roweru i: Albo - pieszo - zawrócić do najbliższego przejścia, aby mogła dotrzeć w ten sposób do biegnącej po drugiej stronie ścieżki rowerowej. Albo kontynuować - pieszo - podróż do kontynuacji tejże ścieżki zaczynającej się wprawdzie po tej stronie ulicy, co Belweder, ale kilkadziesiąt metrów dalej. (Meandry ścieżek rowerowych w stolicy to osobna sprawa). Znajoma myślała, że to żart. "A gdyby tu było przedszkole w przyszłości?". Ale nie. To było egzekwowanie przepisów.
Policja przecież nie żartuje. Policja robi, co uznaje za stosowne. Rowerzyści trafiają pod sąd, a wykrywalność przestępstw na tle rasowym spada. I jakoś to wszystko się kręci.
(Więcej o prześladowaniach rowerzystów można przeczytać tutaj.)
PS: Byłem we Wrocławiu kilka razy, piękne miasto. Co mi się rzuciło w oczy, to nadliczebność ochroniarzy w rozmaitych lokalach. Widocznie nie bez powodu. Bodaj na placu Solnym usłyszałem od jednego z nich: "jesteś w klubie, ściąg czapkę". Co miałem zrobić? Wzruszyłem ramionami i wyszłem.
