Pan policjant na komisariacie pochwalił moją postawę. Cukierka nie dał, polecił za to, żebym zwrócił się z tematem wprost do Euronetu (bo to bankomat Euronetu był, Metro Racławicka, antresola południowa - zachowałem kwit, żeby zawsze pod ręką mieć wszelkie potrzebne dane). Dzwonię do Euronetu, odbiera Sławomir jakiś, nazwiska nie pamiętam, ale pamiętam, że podał mi je przed imieniem. Pobiera ode mnie informacje, mówi, że potrącą mi tę stówkę z konta. Spoko. Lecz coś mnie tknęło, by zapytać: a będziecie szukać tego człowieka? Ja wypłacałem swoją stówkę o 6.23. Metro Racławicka, antresola południowa. On wypłacał swoją stówkę w tym samym miejscu, tyle że kilkadziesiąt sekund wcześniej. Po numerze karty na pewno można dotrzeć, oddać, uszczęśliwić. Uczulić. Okazało się jednak, że nie. Mówi mi Sławomir: szukać go nie będą, ale jak się zgłosi, to uznają jego reklamację.
No a jak się nie zgłosi, to co?
Tym samym firma Euronet wzbogaciła się o wiadomą kwotę, tamten wysoki i młody przeżywa swoją stratę, a ja, no cóż, nie chciałbym nadinterpretować, ale w takiego Robina Hooda, który zabiera biednym i oddaje bogatym, nigdy nie chciałem się bawić. Zawsze wolałem w lekarza. Następnym razem nakleję kartkę z ogłoszeniem na bankomacie. Kto wie, czy nie okaże się bardziej skuteczna.
